Przejdź do głównych treściPrzejdź do wyszukiwarkiPrzejdź do głównego menu
Reklama Drukarnia Rzeszów

„Przygody się lepiej opowiada, niż przeżywa” - rozmowa z Tomkiem Michniewiczem

Pływał z rekinami, rozbił kongijsko-zambijski gang przemytników i jadł węże. Został wpuszczony na pokład łodzi najsłynniejszej na świecie ekipy poszukiwaczy skarbów oraz do więzienia o maksymalnym rygorze - San Quentin w USA. Publikował reportaże m. in. w „Przekroju”, „Playboyu” czy „Rzeczpospolitej”. Prowadzący audycji radiowych oraz programu telewizyjnego. Dziennikarz w tygodniku „Polityka” oraz Programie Trzecim Polskiego Radia. Laureat nagrody „Traveler” National Geographic oraz nagrody „Osobowość roku”. Czego jeszcze możemy dowiedzieć się o autorze pięciu bestsellerowych reportaży książkowych - Tomku Michniewiczu?
„Przygody się lepiej opowiada, niż przeżywa” - rozmowa z Tomkiem Michniewiczem

Autor: Tomasz Ryzner

Jesteś m.in. autorem książek, mówcą motywacyjnym, bardzo dużo podróżujesz… Oprócz tego, jesteś ojcem. Jak to wszystko łączysz?

Łączę to tak jak chyba każda osoba, która zajmuje się pracą zawodową. Prowadzę taki sam tryb życia, jak każdy inny. Wymusza on kompromisy, dobrą organizację i odnajdywanie priorytetów. Główne pytanie powinno brzmieć: z czego muszę zrezygnować? A muszę zrezygnować z wielu rzeczy, których nie musi odmawiać sobie większość osób. Szczególnie dotyczy to regularności życia. W pracy, którą wykonuję, występuje silna sezonowość - jesienią bardzo dużo wyjeżdżam, a w styczniu, lutym i marcu praktycznie wcale. Mam wtedy czas na robienie innych rzeczy, na przykład na bycie tatą. Wszystko sprowadza się do tego, by przystosować się do danego rytmu i podporządkować mu swoje życie.


Co lepiej smakuje - węże czy surowe robaki? Można do czegoś porównać ich smak?

Nie jestem fanem ani jednego, ani drugiego. Może to banalne, ale smak węża można porównać do kurczaka. Jest trochę bardziej łykowaty. Insekty nie są złe, ale muszą być dobrze przygotowane. Owady latające powinny być przede wszystkim dobrze wysmażone, przyprawione i chrupiące - jak chipsy. Nie jest to co prawda produkt pierwszego wyboru, ale z pewnością nie jest też ostatniego. Jednak jeśli insekty nie są dobrze przygotowane i na przykład płynne czy miękkie w środku, to nie nadają się do zjedzenia, są obrzydliwe.


Czego ciekawego dowiedziałeś się od hazardzistów w Las Vegas? Jakieś wskazówki, rady dla naszych czytelników?

Tak, zdecydowanie, mam pewną radę - nie próbujcie tego. Jak wchodzi się do kasyna, to ma się z góry mniejsze szanse od przeciwnika. W zależności od rodzaju gry, ta przewaga po stronie kasyna może wahać się pomiędzy 5 a 20%. Jeśli siada się przy stole z zawodowcem, to będzie miał on tyle przeróżnych sposobów - legalnych czy nie - na wykorzystanie swojej przewagi, że przeciwnik nie będzie miał z nim szans. Jeśli ktoś jednak koniecznie chce grać w kasynie i będąc w Las Vegas, poczuć dreszczyk emocji - polecam pokera sportowego. Nie gra się wtedy przeciwko kasynu, ale innym graczom. Kasyno pobiera jedynie prowizję od każdego rozdania. Jednak gdybym miał udzielić jednej rady, to odradziłbym próbowania swoich sił w hazardzie.


Jakie emocje towarzyszyły Ci podczas pobytu w San Quentin? Jak wiadomo, jest to więzienie o najbardziej zaostrzonym rygorze w Stanach, w którym przebywają najgroźniejsi przestępcy. Co Cię tam przywiodło?

Przywiodła mnie oczywiście ciekawość. Dla reportera jest to wyjątkowo ciekawe miejsce - takie, do którego mało kto ma dostęp. Jeśli chodzi o emocje, głównie towarzyszył mi strach. Nie da się być dobrze przygotowanym na takie doświadczenie. Wszedłem do miejsca, w którym znajdowało się 5000 morderców, gwałcicieli, porywaczy, dilerów ulicznych. Ludzi, którzy nie mają nic do stracenia, a twoje cele są dla nich bez znaczenia. Mogą zrobić ci krzywdę, choćby po to, by zyskać uznanie wśród współosadzonych czy żeby znaleźć się wyżej w hierarchii gangu. Największym zaskoczeniem dla mnie było to, że w miejscu, które dla nas wydaje się być sennym koszmarem, bardzo wiele osób jest szczęśliwych. Co więcej, wielu przestępców aspiruje do bycia osadzonym w amerykańskim więzieniu. Potrafią oni, np. z Gwatemali czy Hondurasu, przyjeżdżać do Stanów, by popełnić tam przestępstwa i specjalnie dać się zamknąć. Jest to dla nich awans, jeśli chodzi o warunki życia. Była to dla mnie jedna z bardziej wartościowych lekcji, ukazująca, że prawie nic nie jest tak naprawdę takie, jak nam się wydaje.


Prowadzisz szkolenia z kontroli stresu. Jak żyć i nie zwariować?

Jedna i uniwersalna prawda na ten temat: nie wierzyć nikomu, kto twierdzi, że ma jedną uniwersalną prawdę. Nie ma jednoskładnikowych recept na skomplikowane problemy. Życie w stresie i dyskomforcie jest złożonym zagadnieniem i nie da się go zamknąć w jednym szkoleniu czy pogadance. Przestrzegam zatem przed tymi, którzy twierdzą, że mają proste rozwiązania i recepty. Uważam, że da się oswoić ze stresem, a także zarządzać nim w określony sposób. Ważnym jest, by czytać swój organizm, uczyć się jego reakcji. Kiedy to opanujemy, można na te reakcje w określony sposób odpowiadać. To w efekcie obniża ogólny koszt psychofizyczny. Druga rada, to przygotowanie się na długą i powtarzalną pracę. Nie da się tego załatwić jednym tutorialem na YouTubie czy jednym pobytem na ściance wspinaczkowej. Należy nastawić się na częste, regularne i powtarzalne wyeksponowanie się na określone bodźce stresowe, by uczyć się funkcjonować w nich coraz lepiej.


Dżungla czy pustynia, a może busz afrykański?

U mnie idzie to fazami, ale teraz chyba najbardziej dżungla. Nie wiem czemu, to chyba kwestia obycia. Poza tym, jest to obłędne środowisko - jak wchodzi się do niej nawet na trzy dni, to wszystkie troski zostają zredukowane do podstawowych trzech: mieć schronienie na noc, jedzenie i wodę zdatną do picia. Wszystkie pozostałe stają się nieistotne. Jest to idealna okazja do złapania innej perspektywy na sprawy, które zostały w Polsce. Nie znam lepszego sposobu na twardy reset, niż przynajmniej kilkudniowy wypad do dżungli.


Podróże w pojedynkę czy w towarzystwie?

Zależy od założeń i celu. Jeśli chcemy się otworzyć na nowe miejsce, jak najlepiej je zrozumieć, to polecam podróżować samemu. Co ważne, nie należy brać ze sobą telefonu. Chyba, że mowa o takim bez podpiętych kont, przychodzących aktualności i powiadomień. Kiedy pojedziemy z naszym smartfonem i będziemy cały czas mieć kontakt ze swoim otoczeniem, newsami, itd., to nie będziemy w stanie uwolnić się z tej naszej „bańki”. Jeśli mowa o bardziej rozrywkowej, wypoczynkowej formie podróży, to lepiej odbyć ją w dwie, trzy osoby. Mamy wtedy poczucie bezpieczeństwa i komfort, że dzielimy z kimś nasze doświadczenia. Przy większych grupach, zaczyna się mały problem - trzeba ustalać plany, starać się dogodzić każdemu uczestnikowi, rozwiązywać spory i nieraz rezygnować z pewnych założeń. Jest to trochę przeciwskuteczne.


Można było Cię zobaczyć na premierach filmowych, chociażby na „Niebezpiecznych dżentelmenach”. Interesujesz się kinematografią?

Lubię kino, uwielbiam muzykę. Od samego początku czerpałem wiele z różnych źródeł kultury. To pewnie nigdy mi nie przejdzie. Można powiedzieć, że oddycham kulturą. Pewnie to też dzięki temu, że moi rodzice mieli bardzo ciekawych znajomych, którzy podczas wizyt w naszym domu, nieustannie mnie inspirowali. Najbardziej przemawia do mnie amerykańskie kino obrzeża, nie mainstreamowe, nie Hollywoodu. Takie, które ma amerykański warsztat, ale europejską wrażliwość. Idealnie w swoich filmach ukazują to Wes Anderson czy Jim Jarmusch.


Humorystycznie: narty czy łyżwy? I skąd wzięła się twoja pasja do narciarstwa?

Oczywiście narty. Nie zjeżdżam głównymi szlakami, lubię czasami trochę poskakać. Uwielbiam trasy prowadzące przez las. Wybieram takie aspekty narciarstwa, które wymagają ode mnie większych umiejętności technicznych i czasem też sprzętowych. To są bardzo ciekawe wyzwania, które uczą skupienia, wymagają doświadczenia i pokazują, jakich błędów lepiej nie popełniać. Jedna pomyłka i lądujesz głową w krzakach.


Spędzasz w podróży nawet pół roku. Nie tęsknisz wtedy za Polską?

Tęsknię, zwłaszcza wtedy, kiedy dłużej przebywam poza krajem. Zapominam wtedy o tych mniej przyjemnych sprawach, a pamiętam jedynie o pozytywnych rzeczach. To „pół roku w podróży” kreuje taki obraz marynarza, jakbym spędzał nieprzerwanie sześć miesięcy poza Polską, a wcale tak nie jest. W pracy, którą wykonuję, te nieobecności są dużo krótsze. Przykładowo: wyjeżdżam na trzy tygodnie, wracam na tydzień, później jadę na trzy dni, wracam na kilka tygodni… To nie tak, że przebywam za granicą tak długo, że mogłoby zaowocować to nasiloną tęsknotą za ojczyzną.


Zwiedziłeś 64 kraje. Pytanie jest trudne, ale czy któryś z nich urzekł Cię najbardziej? Za którymś z nich najbardziej tęsknisz?

Na przestrzeni lat miałem wiele takich miejsc. Kiedyś była to chociażby Tajlandia, Nepal, Etiopia czy USA. Im więcej czasu spędzałem w danym miejscu, tym bardziej związany się z nim czułem. Teraz najbardziej tęsknię za Zimbabwe, a konkretnie Imire. Tam mam w zasadzie drugi dom. Jestem tam trzy, cztery razy w ciągu roku, mam tam przyjaciół. Jestem częścią rezerwatu, pracuję wśród niesamowitych okoliczności przyrody, ze zwierzętami (np. z żyrafami, słoniami, nosorożcami, zebrami…). Jestem licencjonowanym przewodnikiem. Są to doświadczenia, których nie da się porównać z niczym innym.


A w którym kraju jest najciekawsze lub najsmaczniejsze jedzenie?

Z jedzeniem jest tak, że smakuje tam gdzie je jesz, zupełnie inaczej niż w Polsce. Przykładowo: jesteś w Maroku - w którym jest fantastyczna kuchnia - i smakuje ci bardzo tadżin warzywny. Przywieziesz te same składniki, tę samą recepturę, a dodatkowo widziałaś jak to danie jest przygotowywane i wiesz, że jesteś w stanie odwzorować je w idealny sposób. Nawet jak zrobisz wszystko, jak powinnaś, nigdy nie uzyskasz tego samego smaku. Tam, pijesz inną wodę, masz inne zapotrzebowanie na mikro i makroelementy, funkcjonujesz w innej temperaturze, twój organizm ma inne zapotrzebowania niż w Polsce. Z tego względu, nawet ten sam przepis, odwzorowany w innym miejscu, nie będzie smakował tak samo. Jakbym miał wymienić pięć krajów, w których najbardziej lubię jeść, to byłyby to: Włochy, Malezja, Maroko, Japonia i Stany Zjednoczone.


Pływałeś z rekinami. Był stres? Jak wspominasz to doświadczenie?

Pewnie, że był stres. Na świecie jest raptem pięć gatunków rekinów, które mogą zaatakować człowieka. Świadomość, że jesteś obok takiego zwierzęcia podnosi ciśnienie. To miało miejsce dawno temu - wtedy wydawało mi się, że była to jakaś forma osiągnięcia. Dzisiaj uważam, że to głupota. Przez te wszystkie lata, przeżyłem wiele sytuacji, w których miałem do czynienia z niebezpiecznymi zwierzętami. Nierzadko na mnie szarżowały czy mnie atakowały. Zwiększanie szansy na takie zdarzenie, poprzez niepotrzebne zbliżanie się do nich, uważam teraz za proszenie się o kłopoty. To było niesamowite doświadczenie i cieszę się, że je zaliczyłem, ale byłem wtedy młody i miałem poczucie niezniszczalności. Teraz bym tego nie zrobił.


Masz jakieś rady dla początkujących dziennikarzy?

Jasne. Zamiast zaczynać pytanie od „co”, zaczynaj je od „dlaczego” albo „jak”. Istotne jest to, w jaki sposób coś się dzieje, dlaczego do czegoś dochodzi. Po co lub co to jest, widać na pierwszy rzut oka. Lepiej jest się dowiedzieć, co to warunkuje i co to powoduje, chociażby w ludzkim życiu.


A jakieś wskazówki dla podróżników?

Wyrzućcie wszystkie przewodniki. Pytajcie ludzi na miejscu, nie sugerujcie się blogami i polecanymi w przewodnikach miejscami. Zazwyczaj nie są one warte odwiedzenia i prawdziwe, jak nam się wydaje.


Pamiętasz który kraj zwiedziłeś jako pierwszy?

Oczywiście zakładam, że nie chodzi o Polskę, ale zaznaczę, że uważam ją za niezwykle interesujący, a wręcz egzotyczny kraj. Już mając 15 lat, wyruszyłem po niej w podróż autostopem. Pierwsze państwo za granicą, które zwiedziłem, musiało być europejskie. Była to  Grecja albo Cypr. O ile dobrze pamiętam, pierwszą poważną wyprawę odbyłem z kolei do Etiopii.


Polecasz jakiś kraj na start dla początkujących podróżników?

Oczywiście bez biura podróży i przewodników: Maroko, Tajlandię, Malezję - poza Europą. Jak już leci się samemu, to po to, by zderzyć się z inną kulturą i rzeczywistością. Państwa, które wymieniłem, są relatywnie tanie, bezpieczne i osiągalne oraz odmienne od tego, co jest nam znane. Gwarantują zderzenie z inną cywilizacją i szok kulturowy - przepiękne doświadczenia.


Czy oprócz kinematografii, masz jakieś pasje/hobby, które nie są zazwyczaj kojarzone z Twoim nazwiskiem? O ile się nie mylę, grasz na perkusji.

„Gram” to duże słowo, ale zgadza się, trochę muzykuję - na klawiszach, pianinie i perkusji. Oprócz tego gotuję, hobbystycznie. Lubię piec ciasta jak mi się nudzi, tak dla zabawy. Ale chyba moją największą pasją jest to, że cały czas uczę się czegoś nowego. Czasami te nowe umiejętności zostają ze mną na dłużej (przykładowo wspinaczka), a czasami spróbuję raz i do tego nie wracam. Ogromną radość sprawia mi możliwość poznawania i uczenia się nowych rzeczy.


Jest coś czego nie spróbowałeś, a chciałbyś? Masz jakieś cele/marzenia na najbliższe lata?

Plany i cele są dla mnie marzeniami z terminem ważności. Jeśli mam coś, czemu chcę poświęcić czas, energię i uwagę, zapisuję to w kalendarzu i robię. Życie jest za krótkie, żeby to odwlekać. Ponadto, jestem tatą i poświęcam się w pełni świadomie tej roli. Jest to jedna z głównych funkcji, jakie obecnie pełnię. Chcę być przy moich dzieciach, kiedy dorastają i być najlepszym tatą, jakim mogę być, by wychować najlepszych ludzi, jakich się da. To jest dla mnie główny cel.

Z niecierpliwością czekamy na kolejne podróże, historie, książki i dziękujemy za ciekawą rozmowę!


Podziel się
Oceń

Komentarze
Reklama Drukarnia Rzeszów