Pierwszy budzik i lekcja pokory
Gdy jako 13-latek otrzymał od ojca swój pierwszy budzik, nie nacieszył się nim zbyt długo. Zamiast postawić go na szafce, od razu chwycił za narzędzia. Musiał na własne oczy zobaczyć, jak działa ten fascynujący, skomplikowany mechanizm, który miarowo odlicza sekundy. To wtedy narodziła się miłość do rzemiosła, która zaprowadziła go na praktyki do prawdziwego zakładu zegarmistrzowskiego.
Początki w zawodzie nie przypominały jednak od razu wielkiej sztuki. Młody Stanisław musiał najpierw poznać smak ciężkiej pracy i pokory. Zanim pozwolono mu dotknąć delikatnych kół zębatych, jego codziennością stało się sprzątanie pracowni, rozpalanie w piecu oraz odnoszenie naprawionych zegarów prosto pod drzwi klientów. Z czasem przyszedł jednak moment na naukę właściwego fachu. Egzamin czeladniczy, później upragniony tytuł mistrza – tak krok po kroku pan Stanisław budował swoją markę.
Starcie z elektroniką i wielki powrót klasyki
Przez ponad sześć dekad pracy pan Stanisław musiał przetrwać niejedną rynkową rewolucję. Największa próba przyszła wraz z technologią kwarcową.
– Pamiętam czasy, gdy klasyczne, mechaniczne zegarki zostały nagle wyparte przez te elektroniczne, wyposażone w piskliwe melodyjki – wspomina z uśmiechem mistrz.
Wielu wróżyło wtedy koniec tradycyjnego zegarmistrzostwa. Czas pokazał jednak, że prawdziwe rzemiosło ma w sobie duszę, której nie da się zastąpić cyfrowym wyświetlaczem. Dziś wahadła i sprężyny wracają do łask, a ludzie na nowo doceniają kunszt mechanicznych zegarów. A te, by działać bezbłędnie, potrzebują rąk chirurga.

Egzamin na wieży ratuszowej
Precyzja to znak rozpoznawczy pana Stanisława. To właśnie ona pozwoliła mu podjąć się największego i zarazem najtrudniejszego wyzwania w całej jego karierze – naprawy zegara na wieży ratuszowej.
Serce miasta, widoczne dla tysięcy mieszkańców, wymagało absolutnego skupienia. Skomplikowana maszyneria ukryta wysoko nad ziemią nie wybaczała najmniejszych błędów. Pan Stanisław przywrócił mu dawny blask, udowadniając, że w swoim fachu nie ma sobie równych.
Emerytura? „Tak długo, jak starczy sił”
Choć pan Stanisław świętował już 75. urodziny, a w jego warsztacie przy ulicy Grunwaldzkiej czas płynie jakby wolniej, on sam nie zwalnia tempa. O zasłużonym odpoczynku i zamknięciu drzwi pracowni nawet nie chce słyszeć.
Jak sam przyznaje, nie wyobraża sobie innego życia. Tę pracę po prostu lubi, a każdy kolejny mechanizm przynoszony przez klientów traktuje jak nowe wyzwanie. Zamierza naprawiać zegary tak długo, jak tylko starczy mu sił – ku uciesze mieszkańców, dla których jego warsztat przy Grunwaldzkiej stał się już stałym, niezwykle ważnym elementem lokalnego krajobrazu.


Napisz komentarz
Komentarze