Zapach drewna i rodzinne dziedzictwo
Wszystko zaczęło się w 1895 roku, kiedy pradziadek Pana Bogusza, Franciszek, otworzył pierwszy rodzinny warsztat w Rzeszowie. Dla dzisiejszego właściciela zakład nie był po prostu miejscem pracy – był placem zabaw i pierwszą szkołą życia. Jako zaledwie sześcioletni chłopiec, Bogusz podpatrywał starsze pokolenia, ucząc się szacunku do materiału i precyzji, której nie da się wyczytać z podręczników. Te wczesne wspomnienia, zapach świeżo ciętych listew i dźwięk maszyn, ukształtowały go na całe życie.
Zanim oficjalnie przejął pałeczkę, przeszedł pełną drogę rzemieślniczą – od ucznia, przez czeladnika, aż po stopień mistrzowski. To właśnie ta solidna edukacja pozwoliła mu przez dekady dbać o to, by najcenniejsze pamiątki rzeszowian zyskały godną oprawę.
Pan Bogusz opowiada, jak wyglądała jego edukacja i droga:
- Posiadam wykształcenie techniczne, ale aby pracować w tej firmie, musiałem zdobyć dodatkowe wykształcenie poparte dyplomami państwowymi, tj.: czeladniczy i mistrzowski. Mam również wykształcenie pedagogiczne, by móc szkolić uczniów. W sumie 11 lat nauki.
Warsztat, w którym czas płynie wolniej
Wchodząc do zakładu przy ul. Kopernika, trafia się do królestwa detalu. Na ścianach i w regałach czeka blisko tysiąc wzorów listew, gotowych zamknąć w sobie historię każdego klienta. Warsztat jest sercem tej działalności – to tutaj Pan Bogusz, z dala od pośpiechu współczesnego świata, osobiście dogląda każdego etapu prac.
Technologia spotyka się tu z tradycją. Choć w użyciu są profesjonalne maszyny pneumatyczne do zbijania ram czy elektryczne gilotyny, to najważniejszym narzędziem pozostaje oko i ręka mistrza. Pan Bogusz udowodnił, że oprawić można niemal wszystko – od klasycznego płótna, przez monety i pamiątki komunijne, aż po sportowe koszulki czy dziecięce ubranka, które dla właścicieli mają wartość bezcenną.
- Od wielu lat w Rzeszowie brakuje, np. zakładów introligatorskich. Ostatnie zniknęły przed pandemią, mieściły się w okolicach Placu Śreniawitów - mówi Bogusz Deręg.
Cierpliwość wpisana w rzemiosło
Największym wyzwaniem zawsze była jednak renowacja. Przy odnawianiu starych dzieł sztuki Pan Bogusz kieruje się złotą zasadą: w tej pracy nie ma miejsca na pośpiech. Każdy ubytek w ramie, każde pęknięcie na płótnie wymaga pokory i czasu. To właśnie ta bezkompromisowa dbałość o szczegóły sprawiła, że zakład przetrwał próbę czasu, służąc kolejnym pokoleniom mieszkańców naszego miasta. Cierpliwości również wymaga ścieżka edukacji. Dziś mało, kto porywa się na bycie rzemieślnikiem.
- Komu taka droga, w tej chwili, odpowiadałaby przyszłemu rzemieślnikowi? - pyta pan Bogusz. Inna rzecz, że obecnie tych możliwości kształcenia jest znacznie mniej. Młodzi ludzie, niestety, nie wykazują szczególnego zainteresowania tak ciężką pracą.
Ostatnia szansa na oprawę wspomnień
- Chciałem, od wielu lat, by w Rzeszowie powstało wiele zakładów rzemieślniczych, takich jak mój. Myślałem też, że ktoś będzie chciał przejąć moją firmę i poprowadzić ją dalej - opowiada pan Bogusz.
To już ostatni dzwonek dla tych, którzy chcieliby powierzyć swoje obrazy w ręce mistrza. Zakład przy ul. Kopernika będzie otwarty tylko do czerwca. Potem gilotyny ucichną, a tysiące wzorów listew znikną z krajobrazu Rzeszowa, pozostawiając po sobie jedynie – lub aż – pięknie oprawione wspomnienia na ścianach rzeszowskich domów.
- Decyzja o zamknięciu zakładu, notabene, nie była podyktowana brakiem klientów. Ot, życie: brak urlopu od 20 lat i względy zdrowotne - przyznaje Bogusz Deręg.





Napisz komentarz
Komentarze