Przejdź do głównych treściPrzejdź do wyszukiwarkiPrzejdź do głównego menu
Reklama
piątek, 18 września 2026 14:36
RZESZÓW INFO
Reklama

Tylko u nas: „Mama na Obrotach” jakiej nie znacie. Klaudia Klimczyk o książce „Serio, w ciul”, hejcie i granicach popularności

Podziel się
Oceń

Z okazji premiery książki rozmawiam z Klaudią Klimczyk. Zapytałam "Mamę na obrotach" m.in. o to, co dały jej szczere rozmowy podczas pracy nad książką, czy opowiadanie o własnym życiu przyniosło jej ulgę, jak radzi sobie z hejtem i czy czasem nie ma już dość bycia „Mamą na Obrotach”. Rozmawiamy także o tym, co dzieje się z Klaudią, kiedy gasną światła sceny. Niebawem też, bo 4 lutego 2027, o godz. 19, Klaudia Klimczyk wystąpi w klubie Pod Palmą przy ul. Cichej 4a z najnowszym, trzecim programem stand-upowym „Niezły bajzel”.
Tylko u nas: „Mama na Obrotach” jakiej nie znacie. Klaudia Klimczyk o książce „Serio, w ciul”, hejcie i granicach popularności

Autor: Marcin Klaban

Po tych wszystkich rozmowach do książki - bo jest to wywiad-rzeka - wracaniu do trudnych momentów i opowiadaniu o swoim życiu - czuje pani przede wszystkim ulgę, czy raczej ma poczucie, że otworzyła kolejne drzwi, za którymi są następne emocje?

Chyba jedno i drugie. Bo były takie momenty, że po rozmowie z Aldoną odkładałam telefon i myślałam: „Kurdę, dawno tam nie wracałam”. Człowiek żyje dalej, ma dzieci, pracę, występy, internet, tysiąc rzeczy na głowie i wydaje mu się, że pewne tematy już dawno zamknął. A potem zaczynasz o tym opowiadać i okazuje się, że jednak coś tam jeszcze siedzi. Ale z drugiej strony poczułam ulgę. Bo powiedziałam to po swojemu, bez udawania, bez robienia z siebie kogoś, kim nie jestem.

Czy podczas pracy nad książką zdarzyło się pani powiedzieć: „Tego jeszcze nikomu nie mówiłam”? I czy trudniej było wypowiedzieć pewne rzeczy na głos, czy później zobaczyć je zapisane na papierze?

Tak, były takie rzeczy. I chyba najdziwniejsze było właśnie zobaczenie ich później zapisanych. Bo jak opowiadasz, to gadasz, emocje lecą, czasem się śmiejesz, czasem coś cię ściska w gardle i rozmowa idzie dalej. A jak później widzisz to czarno na białym, to jest takie: „Oooo... To naprawdę jest moje życie”. I wtedy chyba najbardziej do mnie dotarło, jak dużo się w nim wydarzyło.

Internet miał być przestrzenią, w której pokazuje pani siebie bez filtra. Ale wraz z popularnością pojawił się też hejt. Czy zderzenie z takimi komentarzami pomogło pani w jakimś sensie w przemianie jako kobiety - w zbudowaniu większej odporności i pewności siebie?

Na pewno mam dzisiaj grubszą skórę niż na początku. Kiedyś potrafiłam przeczytać jeden głupi komentarz i myśleć o nim pół dnia, mimo że obok było tysiąc fajnych. Dzisiaj dużo szybciej potrafię powiedzieć: „Dobra, to jest twoje zdanie, a ja idę robić swoje”. Ale nie będę też udawać bohaterki, że nic mnie nigdy nie rusza. Rusza. Jestem człowiekiem. Tylko dzisiaj już wiem, że obcy człowiek w internecie nie będzie mi mówił, ile jestem warta.

Czy dzisiaj potrafi pani przeczytać bardzo złośliwy komentarz i naprawdę się nim nie przejąć, czy jednak są takie słowa, które zostają w głowie na dłużej?

Większość naprawdę po mnie spływa. Czasem jeszcze sobie z tego zrobię żart albo odpowiem. Ale są komentarze, które zostają. Szczególnie kiedy ktoś uderza nie we mnie, tylko w moją rodzinę. I tu mam granicę. Możesz napisać, że jestem gruba, chuda, głupia, że kiedyś byłam śmieszniejsza - dobra. Ale rodziny mi nie ruszaj!

Czasem komentarze, które mogłyby zaboleć, obraca pani w żart. To sposób na dystans, poczucie humoru czy może mechanizm obronny?

Pewnie wszystkiego po trochu. Ja od zawsze taka byłam. Jak jest niezręcznie, trudno albo coś mnie wkurza, bardzo często wjeżdża humor. I czasem ktoś myśli: „Ona się z tego śmieje, czyli jej to nie rusza”. Nie. Czasem właśnie rusza. Tylko ja wolę się z czegoś pośmiać, niż siedzieć i płakać nad komentarzem człowieka, którego nawet nie znam.

A czy zdarza się pani mieć po prostu dość? Dość internetu, oceniania, tłumaczenia się i tego, że tysiące osób ma coś do powiedzenia na temat pani życia?

Oczywiście, że tak. Są dni, kiedy mam ochotę odłożyć telefon i powiedzieć: „A idźcie wszyscy w ciul” - bo czasami cokolwiek zrobisz, będzie źle. Schudniesz - źle. Nie schudniesz - źle. Ćwiczysz - źle. Nie ćwiczysz - też źle. Pokażesz rodzinę - po co pokazujesz. Nie pokażesz - coś ukrywasz. I wtedy przypominam sobie, że ja naprawdę nie muszę każdemu tłumaczyć swojego życia.

Gdzie jest granica między „Mamą na obrotach”- osobą, którą widzą odbiorcy - a kobietą, która po wyłączeniu telefonu zostaje sama ze swoimi emocjami?

"Mama na obrotach" nie jest wymyśloną, fikcyjną postacią. To jestem ja. Tylko internet widzi jakiś kawałek mnie. Po wyłączeniu telefonu jestem Klaudią. Mamą, żoną, córką, siostrą. Mam swoje gorsze dni, czasami się boję, czasami płaczę, czasami mam wszystkiego dość. Nie wszystko musi być contentem. I chyba im jestem starsza, tym bardziej tej granicy pilnuję.

Wielokrotnie odmawiała pani wydania książki. Co takiego wydarzyło się tym razem, że powiedziała pani: „Dobrze, zróbmy to”?

Wcześniej cały czas miałam w głowie: „Ale co ja mam niby napisać? Przecież ja nie jestem żadną pisarką”. I nie chciałam robić książki tylko dlatego, że mam dużo obserwujących. Tym razem poczułam, że mam o czym opowiedzieć. Nie tylko o internecie. O całej drodze do tego miejsca. I bardzo spodobała mi się forma rozmów z Aldoną. Ja po prostu opowiadałam. Tak jak opowiadam ludziom. I pomyślałam: dobra, teraz ma to sens.

Czy czegoś się bała pani przed podjęciem decyzji o książce - reakcji bliskich, czytelników, hejtu?

Najbardziej chyba tego, że odsłonię za dużo. Miałam też z tyłu głowy reakcje bliskich, bo przecież moje życie to też w pewnym stopniu ich życie. Ale rozmawiałam z nimi o tym i bardzo mnie wspierają każdego dnia.I wiedziałam jedno - jeżeli mam tę książkę zrobić, to nie chcę robić wersji wygładzonej pod tytułem „patrzcie, jakie wszystko było piękne”. Bo nie było. Było pięknie, było śmiesznie, ale były też trudne chwile.

Czy po napisaniu tej książki czuje pani, że pewien etap swojego życia został zamknięty, czy wręcz przeciwnie - dopiero teraz zaczyna się kolejny?

Zdecydowanie zaczyna się kolejny. Ja w ogóle mam wrażenie, że moje życie co chwilę mówi: „Dobra Klaudia, było spokojnie pięć minut, to teraz lecimy dalej”  Książka trochę podsumowuje drogę do miejsca, w którym jestem, ale ja nie mam poczucia końca. Wręcz przeciwnie. Mam wrażenie, że jeszcze dużo przede mną.

Czy jest coś, o czym podczas rozmów z dziennikarką trudno było pani mówić, ale dziś uważa pani, że dobrze się stało, że ten temat znalazł się w książce?

Tak. Są takie fragmenty. Nie chcę zdradzać wszystkiego przed premierą, bo wtedy po co macie czytać książkę? Ale były rozmowy, po których potrzebowałam chwili dla siebie. I dzisiaj się cieszę, że ich nie wycięłam tylko dlatego, że były trudne. Bo właśnie dzięki temu ta książka pokazuje nie tylko Mamę na obrotach z internetu, ale też Klaudię i rzeczy, które ją ukształtowały.

Kiedy patrzy pani na kobietę, którą była kilka czy kilkanaście lat temu, a potem na siebie dzisiaj - co najbardziej się zmieniło? I czy ta obecna „Mama na obrotach” to wciąż ta sama kobieta, tylko bardziej świadoma swojej wartości?

To nadal jestem ja. Dalej mam niewyparzoną gębę, dalej potrafię zrobić głupotę i śmiać się sama z siebie. Ale przez ostatnie lata zmieniło się u mnie naprawdę dużo. I nie mówię tylko o ciele. Schudłam prawie 55 kilogramów i oczywiście fizycznie jestem dzisiaj zupełnie w innym miejscu, ale największa zmiana chyba wydarzyła się w mojej głowie.


Zaczęłam bardziej wierzyć w siebie, stawiać sobie kolejne wyzwania, robić rzeczy, których kiedyś nawet bym nie spróbowała. I przede wszystkim przestałam patrzeć na siebie tylko oczami innych ludzi. Kiedyś dużo bardziej przejmowałam się tym, co ktoś powie, jak mnie oceni, czy komuś się spodobam. Dzisiaj coraz częściej pytam samą siebie: „A czego JA chcę?”
Więc tak, to dalej ta sama Klaudia. Tylko dzisiaj dużo bardziej świadoma siebie, swojej wartości i tego, że potrafię zrobić w ciul więcej, niż kiedyś mi się wydawało.

Popularność daje ogromną siłę, ale jednocześnie odbiera trochę anonimowości. Czy zdarza się pani tęsknić za czasami, kiedy nikt nie komentował pani wyglądu, decyzji i życia?

Czasami tak. Są momenty, kiedy chciałabym gdzieś wejść i być po prostu Klaudią, a nie zastanawiać się, czy ktoś mnie poznaje. Ale z drugiej strony ta popularność dała mi rzeczy, o których kiedyś nawet nie marzyłam. Stand-up, spotkania z ludźmi, książkę, możliwość robienia tego, co kocham. Więc nie będę siedzieć i mówić, jaka to straszna cena popularności. Sama wybrałam tę drogę. Po prostu nauczyłam się, że nie wszystko muszę oddawać internetowi.

materiały prasowe


Gdyby mogła pani przeczytać swoją książkę bez świadomości, że opowiada pani o własnym życiu - co chciałaby pani, żeby czytelnik przede wszystkim z niej wyniósł?

Chciałabym, żeby ktoś po przeczytaniu pomyślał: „Kurdę, może ja też mogę coś zmienić”. Nie chodzi o to, żeby być mną, robić stand-up czy nagrywać rolki. Chodzi o to, że naprawdę nie trzeba mieć idealnego życia, idealnego startu ani wszystkiego zaplanowanego. Można narobić błędów, można się bać, można zaczynać od nowa. I można dojść do miejsca, którego kiedyś nawet nie brało się pod uwagę.

Czy wydanie tej książki jest dla pani bardziej spełnieniem marzenia, rozliczeniem z przeszłością, czy może kolejnym krokiem w tej metamorfozie, którą obserwują pani odbiorcy?

Najśmieszniejsze jest to, że książka nigdy nie była moim wielkim marzeniem.  Przez lata wręcz mówiłam, że jej nie napiszę. Dlatego nie nazwałabym tego spełnieniem marzenia. Bardziej kolejnym krokiem i czymś, czego kompletnie się po sobie nie spodziewałam. Ta książka pozwoliła mi spojrzeć na swoje życie od początku do miejsca, w którym jestem teraz, i pomyśleć: „Jaaaa ale, trochę się tego wydarzyło”. Ale nie traktuję jej jako rozliczenia czy zamknięcia przeszłości. To jest moja historia. Ze wszystkim - dobrym, złym, śmiesznym i trudnym. Czyli Serio, w ciul.

Książkę z autografem "Mamy na Obrotach" można zamówić tylko w przedsprzedaży do 5 października - tutaj


Napisz komentarz

Komentarze

Reklama
Reklama