Do zdarzenia doszło w piątek, 18 września, około godz. 18:50. Kobieta jechała konno wraz z kolegą w rejonie Czystogarbu, niedaleko Wachalowskiego Wierchu. Jak opisuje, tego dnia wybrali trasę, którą znali i którą wcześniej wielokrotnie pokonywali.
W pewnym momencie, podczas zjazdu skoszoną łąką w kierunku zabudowań, około kilometra w linii prostej od pierwszych domów, zauważyli mężczyznę wybiegającego z wysokiej trawy.
- Był bardzo przestraszony, biegł, potykał się, oglądając się za siebie przerażony - relacjonuje kobieta.
Jeźdźcy początkowo nie wiedzieli, przed czym mężczyzna ucieka. Podejrzewali, że może chodzić o jelenia. Obawiali się również, że zwierzę mogłoby spłoszyć konie, dlatego zdecydowali się szybko zawrócić.
„NIEDŹWIEDŹ NAS GONI!”
Wtedy sytuacja zmieniła się w jednej chwili.
Kiedy odjeżdżali, jeden z jeźdźców odwrócił się i krzyknął: „NIEDŹWIEDŹ NAS GONI!”.
Kobieta również się odwróciła. Jak opisuje, zobaczyła dużego niedźwiedzia biegnącego w ich kierunku.
Według jej relacji zwierzę znajdowało się wcześniej bardzo blisko mężczyzny, którego chwilę wcześniej widzieli uciekającego. Mężczyzna miał przewrócić się dwukrotnie. W momencie, gdy leżał w wysokiej trawie, niedźwiedź miał stracić go z oczu.
- Rozpędzony niedźwiedź zobaczył nasze konie i biegł pędem w naszą stronę - opisuje uczestniczka zdarzenia.
Jeźdźcy zaczęli uciekać w kierunku Wachalowskiego Wierchu. Jak twierdzi kobieta, niedźwiedź podążał za nimi przez około 300 metrów.
„To była próba ataku”
Autorka relacji określa zdarzenie jako próbę ataku. Podkreśla jednocześnie, że konie nie widziały niedźwiedzia i nie zareagowały paniką.
Ostatni raz uczestnicy zdarzenia mieli zobaczyć zwierzę, gdy dobiegało do szczytu góry. Oni byli już po drugiej stronie wzniesienia i kierowali się w stronę domu.
W tym czasie obawiali się również o mężczyznę, którego wcześniej zobaczyli uciekającego przed niedźwiedziem.
Sprawdzili, czy mężczyzna jest bezpieczny
Gdy tylko sytuacja na to pozwoliła, jeźdźcy skontaktowali się z innym mężczyzną przebywającym w okolicy. Jak opisuje autorka, rozpoznali jego samochód i wiedzieli, do kogo zadzwonić.
Chcieli przede wszystkim upewnić się, że mężczyźnie, którego wcześniej widzieli, nic się nie stało i że niedźwiedź nie wrócił w jego kierunku.
Otrzymali informację, że mężczyzna został już odebrany przez kolegę, który zjechał po niego samochodem.
„Tam nie było czasu na zastanawianie się”
W swojej relacji kobieta zwraca uwagę na komentarze dotyczące tego, dlaczego uczestnicy zdarzenia uciekali, zamiast próbować konfrontować się ze zwierzęciem.
- Proszę nie oceniać nas, że uciekliśmy, nie oceniać mężczyzny, który „mógł się bronić strzelbą”. Tam nie było na nic czasu - podkreśla.
Jak dodaje, każdy z uczestników zareagował instynktownie, kierując się przede wszystkim chęcią przetrwania.
Kobieta zaznacza też, że według jej obserwacji nie było w pobliżu młodych niedźwiedzia. Twierdzi, że widzieli jedno duże zwierzę.
„Nie weszliśmy mu do gawry”
Autorka relacji podkreśla, że zdarzenie miało miejsce na otwartym terenie, a nie w głębi lasu.
- Nie weszliśmy mu do gawry - zaznacza.
Jak opisuje, miejsce znajduje się na otwartych łąkach, niedaleko zabudowań. Trasą, na której doszło do zdarzenia, ludzie regularnie się poruszają, a sama kobieta jeździła tam konno również wcześniej.
Jej zdaniem właśnie dlatego zdarzenie powinno być nagłośnione.
„Co by było, gdybyśmy byli 10 sekund później?”
Po wszystkim uczestniczka wielokrotnie wracała myślami do tego, co mogło się wydarzyć.
Zastanawia się, co stałoby się z mężczyzną, gdyby tego dnia nie wybrali właśnie tej trasy. Albo gdyby pojawili się w tym miejscu kilka czy kilkanaście sekund później i nie zauważyli leżącego w trawie człowieka.
Pyta również, co wydarzyłoby się, gdyby konie wcześniej zobaczyły niedźwiedzia i spłoszyły się.
- Dziś już doceniam ten właściwy zestaw wydarzeń i doceniam reakcję każdego z uczestników tego zdarzenia - pisze.
Jej zdaniem przypadkowe pojawienie się jeźdźców mogło nawet odciągnąć zwierzę od mężczyzny.
„Być może uratowaliśmy ludzkie życie”
Kobieta przyznaje, że po wydarzeniu cały czas analizuje różne możliwe scenariusze.
- Być może my uratowaliśmy ludzkie życie, a może to ten Pan, ostrzegając nas przed zagrożeniem, uratował życie nam - podsumowuje.
Zdecydowała się opublikować relację przede wszystkim dlatego, że po zdarzeniu otrzymywała wiele pytań, a w przestrzeni publicznej zaczęły pojawiać się różne wersje tego, co wydarzyło się 18 września.
Jej post został udostępniony 22 września wieczorem na profilu „Alpaki u Klaudii”.
Autorka apeluje do osób wybierających się w okolice Czystogarbu i Wachalowskiego Wierchu o zachowanie szczególnej ostrożności. Jak podkreśla, tym razem wszyscy uczestnicy zdarzenia wyszli z niego żywi, jednak spotkanie z dużym drapieżnikiem na otwartym terenie pokazało, jak szybko spokojny spacer, przejażdżka konna czy wycieczka może zmienić się w sytuację zagrożenia życia.

Napisz komentarz
Komentarze